Brak jest kosztem podwójnym: zużytego materiału i czasu, który trzeba poświęcić ponownie. Rzadko bywa policzony.
Brak nieodwracalny, brak do poprawy, odpad technologiczny. Trzy różne koszty i trzy różne reakcje. Pierwszy jest stratą pełną. Drugi kosztuje dodatkowy czas i miejsce w harmonogramie. Trzeci jest wpisany w technologię i powinien siedzieć w normie, a nie pojawiać się jako niespodzianka.
Mieszanie tych trzech kategorii w jednej pozycji „straty" sprawia, że zestawienie niczego nie tłumaczy. Rozdzielenie ich jest zwykle pierwszą i najtańszą zmianą, jaką można wprowadzić.
Na zlecenie, z podaniem operacji i przyczyny. Zbiorcze odpisanie na koniec miesiąca niczego nie wyjaśnia. Zapis musi być krótki, bo powstaje w trakcie pracy: numer zlecenia, operacja, ilość, przyczyna z zamkniętej listy. Lista przyczyn powinna być krótka i zrozumiała dla operatora, inaczej wszystko wyląduje w pozycji „inne".
Rejestracja braków jest częścią tego samego strumienia danych co kontrola jakości. Jeśli kontrola już zapisuje wyniki pomiarów, dopisanie ilości odrzuconych sztuk nie jest osobnym przedsięwzięciem.
Ostatnia pozycja jest najtrudniejsza, bo wskazuje na decyzje kierownictwa, a nie na hale. Zlecenia realizowane pod presją terminu zwykle mają inny udział braków niż pozostałe i to widać w danych, o ile ktoś zechce spojrzeć.
Bywa wyższy niż wykonanie od nowa. Warto to policzyć, zanim zapadnie decyzja. Do rachunku wchodzi czas operacji, zajęte stanowisko i przesunięcie innych zleceń, a nie sama robocizna. Poprawka wykonana na wąskim gardle kosztuje zdolność całej firmy, choć w rozliczeniu wygląda niewinnie.
Udział braków według wyrobu, maszyny i zmiany. Różnice wskazują konkretną przyczynę. Trzy przekroje wystarczą, żeby zawęzić poszukiwania z całej hali do jednego stanowiska albo jednej partii surowca. Bez rejestracji na zlecenie żaden z tych przekrojów nie jest możliwy.
Braki wchodzą też do rachunku rentowności. Wyrób, przy którym część produkcji regularnie idzie do odpadu, ma inny koszt wytworzenia, niż wynika z normy, i to jest różnica, która potrafi zmienić decyzję cenową.
Nie zero braków, tylko znajomość ich poziomu i przyczyn. Dopiero to pozwala je ograniczać świadomie. Dążenie do zera bez danych kończy się zwykle tym, że braki przestają być zgłaszane, a nie tym, że przestają powstawać.
Warunek wstępny jest jeden i dotyczy nie systemu, tylko podejścia. Zgłoszenie braku nie może kończyć się szukaniem winnego, bo wtedy dane przestają napływać w ciągu kilku tygodni. Rejestracja braków ma służyć procesowi, nie ocenie ludzi, i musi to być powiedziane wprost przed uruchomieniem, a nie po pierwszym trudnym zestawieniu. Dane, którym nikt nie ufa, są gorsze niż ich brak, bo prowadzą do decyzji opartych na fikcji, a jednocześnie kosztują czas na hali. Zestawienie oparte na rozliczeniu zużycia materiałów pozwala dodatkowo sprawdzić, czy zgłoszone braki zgadzają się z tym, co faktycznie zeszło ze stanu.
Przy wyrobach o znikomej wartości jednostkowej szczegółowa ewidencja braków kosztuje więcej niż same straty. Wystarczy pomiar zbiorczy i reakcja, gdy poziom wyraźnie odbiega od zwykłego.