Horyzont prognozy wyznacza czas potrzebny na reakcję. Prognoza na okres krótszy niż czas dostawy nie pozwala nic zmienić.
To znaczy, że horyzontu nie wybiera się dowolnie. Wynika on z tego, ile trwa najwolniejszy krok, na który prognoza ma wpływ. Wszystko poniżej tej granicy jest ciekawe, ale niedecyzyjne.
Horyzont co najmniej równy czasowi reakcji. Przy zamówieniach to czas dostawy, przy obsadzie — okres planowania grafiku.
Czas reakcji trzeba liczyć od decyzji do skutku, a nie od wysyłki zamówienia. Wchodzi w to zebranie potrzeb, uzgodnienie z dostawcą, transport, przyjęcie na magazyn i wprowadzenie na stan. Firmy zwykle zaniżają tę wartość, bo pamiętają deklarację dostawcy, a nie rzeczywisty przebieg.
Prognoza na tydzień jest znacznie pewniejsza niż na kwartał. To naturalne i trzeba to komunikować odbiorcom.
Trzeba to też komunikować od pierwszego dnia, a nie dopiero wtedy, gdy odległy okres okaże się chybiony. Odbiorca, który wie, że dalsza część prognozy jest orientacyjna, korzysta z niej rozsądniej niż ten, któremu podano wszystkie okresy z jednakową pewnością siebie.
Tydzień do obsady, miesiąc do zamówień, rok do planowania zakupów strategicznych i budżetu.
Wszystkie powinny wynikać z jednego wyliczenia, tylko przedstawionego inaczej. Osobne prognozy przygotowywane pod każdą decyzję rozjeżdżają się szybciej, niż ktokolwiek zdąży to zauważyć, i kończą się sporem o to, która liczba jest prawdziwa.
Aktualizowana co okres, obejmująca stałą liczbę okresów naprzód. Lepsza niż plan roczny ustalony w styczniu i niezmieniany.
Zaleta jest praktyczna: horyzont nie kurczy się w miarę upływu roku. Przy planie rocznym w listopadzie widać już tylko dwa miesiące naprzód, czyli dokładnie wtedy, gdy zamówienia na kolejny sezon są składane. O rytmie odświeżania prognozy decyduje cykl decyzji, nie kalendarz księgowy.
Prognoza na trzy lata w branży zmieniającej się co kwartał jest ćwiczeniem. Warto ograniczyć się do okresu, w którym cokolwiek da się powiedzieć.
Sprawdzenie jest proste: policzyć błąd prognozy osobno dla każdego kroku naprzód. Zwykle widać moment, od którego wynik przestaje być lepszy od najprostszej reguły. Dalej nie ma sensu iść — poza sytuacją, gdy decyzja i tak wymaga jakiegoś założenia, na przykład przy umowie długoterminowej.
Przy dłuższym horyzoncie sensowniej podawać zakres. Pojedyncza wartość sugeruje precyzję, której nie ma.
Zakres zmienia też charakter rozmowy. Zamiast sporu o to, czy wyjdzie tyle czy tyle, pojawia się pytanie, co zrobimy przy dolnym końcu i co przy górnym. To pytanie prowadzi do konkretnych decyzji o zapasie i zobowiązaniach.
Jeśli towar jest dostępny od ręki, a uzupełnienie zajmuje dzień, cała rozmowa traci wagę. Wtedy wystarczy reguła oparta na bieżącym stanie, bez przewidywania czegokolwiek. Podobnie przy pozycjach zamawianych sporadycznie, gdzie sygnałem jest zapytanie klienta, a nie wyliczenie.